Filip Cuprych: Wie Pan na pewno, że bardzo trudno jest przekonać kogokolwiek do tego, żeby wyszedł z domu i wziął udział w jakichkolwiek wyborach. W jaki sposób chce Pan zachęcić Polaków do tego, żeby jednak poszli głosować?
Brian Paddick: Po pierwsze, w Wielkiej Brytanii wybory są absolutnie wolne i sprawiedliwe. Oczywiście istnieje też szeroka gama partii, na które można oddać głos. Jest to zatem wolny wybór. To przede wszystkim powinno zachęcić ludzi do tego, żeby wzięli udział w głosowaniu. Po drugie, każdy, kto pochodzi z kraju członkowskiego Unii Europejskiej ma prawo do oddania głosu w wyborach lokalnych. To również okazja do tego, by wypowiedzieć się za lub przeciwko czemuś i mieć wpływ na brytyjską demokrację. Polacy mają tu takie same prawa jak inni. Brytyjczycy wydają się mieć serdecznie dość polityków i dlatego nie bardzo chcą brać udział w jakichkolwiek wyborach. Ja nie jestem politykiem. Przez 30 lat byłem policjantem, dlatego jest to wielka szansa dla ludzi, którzy mają dość polityków, aby zagłosowali na mnie.
No tak, ale jeśli wygra Pan wybory, sam stanie się Pan politykiem.
(śmiech) Wydaje mi się, że rola burmistrza Londynu jest jednak nieco inna niż „standardowego” polityka. Tu przede wszystkim chodzi o to, żeby tak zmieniać miasto, aby stawało się z dnia na dzień coraz lepszym miejscem do życia. To też swego rodzaju funkcja ambasadora. Myślę, że jestem bardzo dobrze przygotowany do jej pełnienia, bez zbytniego stawania się politykiem.
Dlaczego zatem Polacy powinni głosować właśnie na Pana?
Zawsze byłem kimś, kto stawał po stronie tych, którzy nie stanowią większości, reprezentują inne kultury i pochodzenie. Zawsze to podkreślałem, kiedy już pracowałem w policji. A tymczasem niektórzy z moich oponentów nigdy nie byli pozytywnie nastawieni do tych, którzy są po prostu „inni”. Patrząc z tej perspektywy, jestem jedynym kandydatem, który może dotrzeć do Polaków i współpracować z nimi.
Jakie widzi Pan główne bolączki związane z Londynem i dlaczego Polacy powinni je z Panem dzielić?
Przede wszystkim przestępczość i co do tego każdy się ze mną zgodzi. Niestety, ale mamy wysoki współczynnik popełniania przestępstw na naszych ulicach. Wydaje mi się logiczne, że jeśli ludzie chcą żyć bezpiecznie w tym mieście, wybiorą kogoś, kto się na tym zna i miał z tym do czynienia przez tak wiele lat. I tym kimś jestem ja.
Jako były policjant, co Pan wie o przestępczości wśród Polaków?
Wiadomo, że Polacy stanowią ogromną masę narodowościową w Londynie. Jasne, że wśród nich może znaleźć się pewna grupa uwikłana w przestępczość. Są też Polacy, którzy za dużo piją. Albo dlatego, że za dużo pracują, albo dlatego, że w ogóle nie pracują. Ale to zdecydowana mniejszość i nie wolno nam w związku z tym budować stereotypów. To tylko kilka przypadków.
A czy czuje się Pan bezpiecznie w Londynie?
Absolutnie (śmiech). Ale jestem wysokim facetem, dość dobrze zbudowanym, więc pewnie dlatego raczej nie boję się o swoje bezpieczeństwo. Ale nie oznacza to, że Polacy mogą się czuć coraz bardziej bezpieczni w Londynie.
Według danych zawartych na Pana stronie internetowej, chce Pan ograniczyć przestępczość o 5 proc. rocznie. To w sumie daje 20 proc. w ciągu Pana kadencji, o ile wygra Pan wybory. To dość odważne postanowienie.
Problem polega na tym, że obecny burmistrz ostatnim razem złożył obietnicę, że zredukuje przestępczość w Londynie o 50 proc. Niczego takiego nie osiągnął. Uważam, że w jego przypadku ponowne stawanie do wyborów na stanowisko mera Londynu jest nietaktem, bo nie osiągnął tego, co obiecał. Jestem zdania, że jeśli ktoś startuje w wyborach i składa obietnicę, że coś zdziała, a tego nie robi, nie powinien po raz kolejny starać się o to stanowisko.
Są ludzie, którzy mówią, że w Londynie jest zdecydowanie zbyt wielu Polaków. Brytyjczycy nie mogą dostać pracy albo nie mają swojego miejsca do życia. Mówi się, że Brytyjczyków powoli zaczyna to irytować.
Jak Pan patrzy na problem?
Ależ to po prostu nieprawda. Zawody, które wykonują tutaj Polacy, były dostępne na długo, zanim tu przyjechali. Brytyjczycy po prostu nie chcieli ich wykonywać. Polacy mają znaczący wpływ na ekonomię Londynu. Po pierwsze, robiąc to, czego Brytyjczycy nie chcą robić, a po drugie, płacąc podatki i wpływając na zasobność Londynu. Owszem, wielu Polaków żyje w przeludnionych mieszkaniach. To, o czym Pan wspomniał w pytaniu, wypływa od ludzi, którzy próbują zbudować jakiś stereotyp polegający na nienawiści i nietolerancji w stosunku do ludzi... generalnie z innych krajów. I dlatego potrzebny nam jest taki burmistrz Londynu, który będzie bronić Polaków i właściwie uzna wkład, jaki wnoszą oni w rozwój Wielkiej Brytanii. Tak, jak to robili przez lata. Jest przecież ogromna rzesza Polaków, którzy przybyli tu po II wojnie światowej. Z Polakami przyjeżdżającymi do Wielkiej Brytanii wiążą się przecież konkretne tradycje. I o tym należy mówić, a nie o jakiś kłamstwach i wręcz rasistowskich komentarzach.
Wśród Pana planów znalazłem coś, co z pewnością może zainteresować Polaków. Mianowicie, postulat dotyczący wprowadzenia jednej opłaty za korzystanie z autobusów miejskich w ciągu godziny. Na tej samej zasadzie, jak w przypadku metra, gdzie za przesiadki nie płacimy dodatkowo.
Dlaczego uważa Pan, że akurat Panu uda się wprowadzić takie rozwiązanie?
Jest już technologia potrzebna do tych zmian, więc nie ma żadnych przeciwwskazań. Do tej pory tak się nie stało, ponieważ mamy burmistrza i administrację, którym skończyły się pomysły. Oni rozumują tradycyjnie. Nie myślą i nie wiedzą o tym, jak wyglądają realia. Ja cały czas jeżdżę autobusami. Kiedy ma się Oyster card, oznacza to, że przy każdej przesiadce trzeba dodatkowo płacić. Dlatego wydaje mi się, że korzystanie z autobusów i używanie Oyster card w sytuacji, kiedy powiedzmy w ciągu godziny musimy dotrzeć do jakiegoś miejsca, a musimy się też przesiadać, absolutnie nie ma sensu. Dlaczego płacić dwa razy za jedną podróż?
Co myśli Pan o Polakach, którzy przyjeżdżają do Londynu nie znając języka, nie mając ani ustalonego wcześniej miejsca zamieszkania, ani pracy?
Oczywiście, jest tym ludziom znacznie trudniej. Niektórzy z nich na pewno walczą, żeby jakoś przetrwać, choćby dlatego, że obietnice, które słyszą nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Wielu Polaków kończy swoją przygodę na ulicach, nie będąc w stanie znaleźć ani pracy, ani mieszkania. Jasne, że lepiej mieć tu najpierw znajomych, jakiś start. A najlepiej mieć ustawioną pracę przed przyjazdem. Ale tym ludziom też należy się wsparcie. Zwłaszcza tym, którzy nie do końca zrozumieli sytuację w Wielkiej Brytanii, w Londynie. I jeśli nie mogą sami sobie z tym poradzić, a chcieliby wrócić do Polski, powinniśmy im pomóc.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy samych wyborach. Wiadomo, że wówczas każdy wytyka innym, że obiecali, powiedzieli, iż coś zrobią... a nie zrobili. Jaką ma Pan pewność, że nie stanie się Pan jednym z tych, którzy obiecali, powiedzieli, iż coś zrobią i nie dotrzymali słowa?
Przede wszystkim nie słyszałem, żeby któryś kandydat powiedział, że coś osiągnie, a jeśli nie, to nie będzie się później ubiegał o reelekcję. Ja wyraźnie stawiam na bezpieczeństwo w mieście i zredukowanie przestępczości. I tym różnię się od pozostałych kandydatów. Jeszcze będąc w policji, otwarcie mówiłem o tym, co mogę obiecać i o co będę się starać. Jeśli mi się nie uda, nie będę startować po raz drugi. Uważam, że jeśli składam jakieś śmieszne zobowiązania, których nie mogę spełnić... no to po prostu nie zasługuję na to, żeby mnie ponownie wybrano. Proste.
Na zakończenie jeszcze jedno, chyba dość istotne pytanie. Jaki, Pana zdaniem, jest sens walczenia o głosy imigrantów, skoro większość z nich przyjeżdża tutaj tylko na kilka lat czy miesięcy i tylko po to, żeby zarobić i „za chwilę” wracać do Polski?
Niezależnie od tego, jak długo ludzie tu pozostają, muszą płacić lokalne podatki. Za to dostają pewne usługi, takie jak transport, wywóz śmieci... cokolwiek. I każdy, kto płaci podatki, jest uprawniony do tego, żeby wyrazić takie, czy inne zdanie na temat tego, co za nie otrzymuje. I uważam, że jest to sprawiedliwe. Szczerze mówiąc, ci, którzy są tutaj krótko, pewnie nie będą się w ogóle fatygować, bo ich to nie interesuje...
...Dlatego takie, a nie inne było moje pierwsze pytanie.
Tu bardziej chodzi o tych, którzy decydują się mieszkać w tym mieście i ponosić tego konsekwencje. Tym, którzy planują być tu dłużej niż chwilę mam do powiedzenia to, że mają właśnie okazję wpłynąć na to miasto. To tutaj chcą żyć. I powinni skorzystać z tej możliwości.
Dziękuję za rozmowę.