 Goniec Polski nr 12 (218),21 marca 2008 Zadziwiające jak żywiołową dyskusję może wywołać niewielki obrazek, zamieszczony w angielskiej gazecie. Czy rzeczywiście autor satyrycznego obrazka znieważył Polaków, czy po prostu brakuje nam dystansu do siebie i jesteśmy nieco przewrażliwieni?
Na rynku brytyjskiej prasy panuje zacięta rywalizacja, walka o czytelnika. Nieustannie poszukuje się nowych, kontrowersyjnych tematów, a niezwykle wdzięcznym ostatnio przedmiotem stali się imigranci, zwłaszcza Polacy. Rzadko schodzimy z nagłówków gazet, zarówno brukowców, żywiących się tanią plotką, jak i poważnych, szanowanych tygodników, jak „Sunday Times”. W zależności od tego, co napiszą o nas w danym dniu gazety, zmienia się postrzeganie nas jako narodu w oczach Anglików. Polacy mogą przekonać się na własnej skórze, czy akurat są „w łasce” czy może nie. „Pracodawcy chwalą rzetelność polskich imigrantów i ich gotowość do ciężkiej pracy” – pisze na przykład „The Times”. „Polacy wysłali w ciągu zaledwie trzech miesięcy ubiegłego roku ponad 1 bilion funtów, co jest zagrożeniem dla brytyjskiej ekonomii. Zarobione pieniądze mogli wydać w Anglii” – uważa z kolei „Daily Mail”. Ze względu na liczbę Polaków, którzy przyjechali tu po przystąpieniu do Unii Europejskiej, dyskutuje się o nas już nie tylko w pracy, autobusach czy metrze, pod wpływem świeżo przeczytanego artykułu, ale także podczas tradycyjnego Sunday roast czy poobiedniej herbatki u zamożnych Anglików. Co więcej, ostatnio Polacy stali się obiektem satyry w najpopularniejszej gazecie codziennej w stolicy – „Metro”. Nie ma się co łudzić – jesteśmy sławni. Pojawienie się małego obrazka w darmowym „Metrze”, które w drodze do pracy czytają miliony ludzi, wywołało mieszane reakcje wśród wielu Polaków. Na stronie z rozrywką, na której można rozwiązać sudoku, można też pośmiać się z dwóch kreskówek: przygód niepokornej Nemi i jednozdaniowych, ilustrowanych komentarzy autorstwa Ricka Brooksa z serii „This life”. To właśnie jego szkic, przedstawiający zapewne Anglika w Job Centre i panią, pytającą zza biurka: „A nie próbował pan mówić z polskim akcentem?” – wywołał kontrowersje. – Uważam, że ten obrazek to nie tylko pochwala pracowitości naszych rodaków, ale także sprytnie ukryta ironia – uważa Justyna Waszczyłko, nauczycielka języka angielskiego w londyńskim liceum. – Tak, pracujemy ciężko, jasno to wynika z obrazka, ale z drugiej strony stajemy się obiektem zazdrości i niechęci Anglików, czemu sprzyjają takie właśnie satyryczne obrazki w popularnej gazecie. Mogę przysiąc, że nikt inny nie dałby sobie tak w kaszę dmuchać. Warto wspomnieć protesty muzułmanów w sprawie rysunków naśmiewających się z Mahometa, które spowodowały, że nikt już ich nie drukuje. My natomiast nie potrafimy się bronić. Ten obrazek jeszcze wprawdzie o tym nie świadczy, ale może być początkiem pewnej tendencji – dodaje. Nie wszyscy jednak mają negatywną opinię na ten temat. – Ja mam ten obrazek na swoim biurku w pracy. Tak mi się spodobał! – śmieje się Anna Maria Vogelgelsang, Polka o obco brzmiącym nazwisku. – Polacy nie umieją się śmiać sami z siebie. Mamy straszną dumę i afiszujemy się ze swoją historyczną przeszłością, o którą przeciętny Polak w Anglii bynajmniej nie dba, brakuje nam dystansu. Prawda jest taka, że Bułgarzy i Rumuni podają się za Polaków w Job Centre, a Ukraińcy kupują polskie paszporty na polskim rynku... Mamy więc być z czego dumni i to chyba próbował zobrazować autor komiksu – dodaje. – Nawet jeśli jest tam ukryta ironia, a tak mi się wydaje, to zasłużyliśmy sobie na nią. Polacy przyjeżdżają tutaj i biorą każdą pracę za marne pieniądze, co nie podoba się Anglikom, ale trudno ich za to winić – mówi Damian Chrobak, fotograf. Jeszcze inny punkt widzenia mają na sprawę cudzoziemcy. Czy więc uważają, że komiks znieważa Polaków czy raczej im schlebia? – Ja odczytałabym to tylko tak, że Polacy są cenieni jako pracownicy, choć oczywiście ironia jest dostrzegalna. Lubimy Polaków, ale trochę boimy się ich wszechobecności – mówi rodowita Angielka, Gemma Gilliland. – My też przez to kiedyś przechodziliśmy i to jeszcze przed epoką „politycznej poprawności” – komentuje Maelioasa Nicholl, Irlandka, manadżer dużej firmy. – Ataki nie były jednakże tak subtelne i nie ograniczały się tylko do prasy – tak jak ma to teraz miejsce w przypadku Polaków. Na pubach czy w parkach widoczne były znaki: – No blacks, no dogs, no Irish – dodaje. Może więc nie ma się czym przejmować, bo rzeczywiście jesteśmy „drugą Irlandią” i za parę lat będziemy w Anglii tak pożądani, jak dziś Irlandczycy?
|