nr 13 (219) 28 marca 2008 Twierdzą, że są „dla widzów, a nie dla potomności”, ale prawda jest taka, że już trzy pokolenia śmieją się z ich żartów, chodzą na ich koncerty i śpiewają ich piosenki. Mowa oczywiście o kabarecie OT.TO, który 12 i 13 kwietnia będzie bawił londyńską Polonię.
Katarzyna Kopacz: Kabaret istnieje od prawie dwudziestu lat. W czym tkwi Wasza siła i fakt, że wciąż potraficie rozbawiać do łez? Wiesław Tupaczewski: Już dwadzieścia? My szykujemy się do obchodzenia osiemnastki Kabaretu OT.TO, a Wy doliczyliście się dwudziestki. A serio – wciąż spieramy się, który moment historii przyjąć za początek kabaretu OT.TO. Mamy co najmniej trzy wersje. Pierwsza to moment, kiedy powstała nazwa Kabaret OTTO, druga – chwila, podczas której ukształtował się czteroosobowy skład zespołu, trzecia – dzień, kiedy w nazwie OTTO pojawiła się kropka między literami T – Kabaret OT.TO. Andrzej Tomanek: Czasami trudno nam uwierzyć, że ta przygoda trwa już tyle lat. Najważniejsze, to umieć śmiać się z samego siebie i mieć dystans do tego, co się robi. Andrzej Piekarczyk: Zwyczajnie uwielbiamy to, co robimy. Lubimy rozbawiać ludzi, pograć sobie i pośpiewać, a nawet czasem potańczyć. A, że jesteśmy przy tym śmieszni... cóż, nie każdy urodził się aktorem dramatycznym.
Czy czasami jesteście serio? W.T.: Tak, gdy ktoś mnie prosi o pożyczkę albo, gdy ja proszę (śmiech). A.P.: Serio mówiąc, nie... A.T.: Czasami jesteśmy tacy serio, że aż się można z tego uśmiać.
Jesteście bardzo popularnym zespołem, a rozgłos to czasem bardzo ciężki kawałek chleba. Jak to jest z tą popularnością? Macie czasami dosyć? W.T.: W naszym przypadku ta popularność nigdy nie była uciążliwa. Zazwyczaj spotykamy się z przejawami życzliwości. Ci, którym jesteśmy obojętni, nie zaczepiają nas. A.T.: Ostatnio pewna pani w sklepie stwierdziła na mój widok: O! Pan z poczuciem humoru. Gdyby wiedziała, jaki naprawdę jestem ponury... A.P.: Myślę, że Michael Jackson może nam pozazdrościć. Nasi fani wykazują bardzo dużo taktu, w związku z czym, nawet jeśli okazują nam sympatię gdzieś w miejscach publicznych, to robią to w sposób niekłopotliwy i dla nas, i dla otoczenia. WT: A popularni są ci, o których piszą na Pudelku i w innych plotkarskich tabloidach. Nas jakoś ta przyjemność omija (śmiech). Marzę, żeby np. napisali, że moja żona rano była w piżamie w sklepie po bułki. Albo, że ma kochanka, a zazdrosny mąż (czyli ja) dowiaduje się ostatni...
Czy pamiętacie jakieś zabawne zdarzenia związane z popularnością? A.P.: Tak, kiedyś pewien Pan pomylił nas z gwiazdami disco polo! Zapytał: a Wy to Boysi czy Classiki? A my nawet nie znamy puenty piosenki „Jesteś szalona”. A.T.: A kiedy indziej pomylono nas z konkurencyjnym kabaretem. Było tak: Poznałem Panów, poznałem. Witamy Ani Mru Mru… W.T.: A ja nie pamiętam.
Mówi się, że śmiech leczy i jest pewnym rodzajem terapii. Czy myślicie, że Wasze koncerty także są trochę jak terapia? A może sprzyja Wam zdrowie od ciągłego dowcipkowania? A.T.: Przysłowie mówi, że śmiech to zdrowie, a ponieważ zawsze dowcipkujemy, to i choroby nas omijają! A.P.: Jesteśmy pewni, że nasze koncerty mają działanie terapeutyczne. Każdy psycholog przyzna nam rację. A my musimy uważać, żeby nie przedawkować tego medykamentu. W.T.: Od kiedy występuję w kabarecie, w ogóle nie potrzebuję korzystać ze służby zdrowia. Jak mnie coś boli, to wystarczą dwa, trzy spotkania z widzami i przechodzi. Niestety, nie działa na zęby – do dentysty trzeba czasami zajrzeć. Ale jeśli chodzi o resztę, to nie ma problemów. Jesteśmy zdrowi jak koń albo nawet jak ryba, albo jak koń i ryba razem wzięci. To znaczy zdrowi jak okoń. Kiedyś nawet udało mi się wyleczyć pękniętą kość śródstopia seansami opowiadania dowcipów.
Z czego dzisiaj chętnie śmieją się Polacy? W.T.: A który dzisiaj? 19 marca? Dziś jest Dzień Śmiania się z Weterynarzy i Wegetarian. Jutro będzie Dzień Blondynki, a pojutrze Dzień Żartów z Górników i Kolejarzy. A.P.: Był okres, że wszyscy mieliśmy tutaj dość żartów politycznych, ale pod panowaniem PiS-u dowcip polityczny znowu wrócił do łask. A co dalej? Sami jesteśmy ciekawi.
Jaka grupa społeczna dostarcza Wam najwięcej tematów? W.T.: Jak wszyscy domyślają się – politycy. To niezgłębiona studnia pomysłów. Aż żal, że nie ma już koalicji Kaczyński, Lepper, Giertych... Na szczęście jeszcze prezydent pilnuje, by nam ich nie brakowało. A.T.: Mamy umowę z politykami, że oni wymyślają nam tematy żartów, a my za to nie pchamy się do rządu i Sejmu. A.P.: Jeszcze artyści dostarczają nam materiałów, może dlatego, że sami pchają się na świecznik? Śmiejemy się z nich, ale też z samych siebie i z nas, jako społeczeństwa. Zresztą dobry żart nie musi koniecznie kogoś wyśmiewać. Lubimy bardzo abstrakcyjne poczucie humoru.
Czy z czasem nudzą Was pewne pomysły na bawienie publiczności? A.P.: Tylko u konkurencji! W.T.: Niestety, niektóre pomysły z czasem nudzą, więc trzeba wymyślić coś nowego, o co w naszym wieku nie jest łatwo – to w końcu osiemnaście lat. A.T.: To normalna rzecz, że programy się po prostu starzeją, stają się nieaktualne, przestają nas bawić, dlatego staramy się je urozmaicać, wymieniać piosenki, skecze. Dbamy o to, żeby było w nich ciągle coś nowego.
Czy liczyliście kiedyś, ilu ludzi Was zobaczyło i ile płyt sprzedaliście? W.T.: Podejmowaliśmy takie próby, ale tego nie można zrobić – występujemy przecież nie tylko na imprezach biletowanych, takich jak te, które organizuje nam w Londynie pani Ewa Becla, ale również na wielkich koncertach, festiwalach, na których ciężko jest oszacować liczbę widzów. Z kolei, jeśli chodzi o płyty – czas, kiedy zaczynaliśmy, to był złoty okres piractwa. Nawet nie chodzi o podróbki oryginalnych wydawnictw, ale piraci sami tworzyli nasze płyty, kompilując je z nagrań z koncertów, z programów telewizyjnych. Naliczyliśmy 17 tytułów, na które nigdy nie wydaliśmy zgody i nie zobaczyliśmy nawet złamanego grosza z ich sprzedaży. Podsumowując, w wielkim przybliżeniu możemy powiedzieć, że widzów możemy liczyć w milionach, a liczbę płyt i kaset w setkach tysięcy. A.P.: Zna nas praktycznie cała Polska, więc około 40 milionów (nie licząc noworodków). Dobrze, dobrze, nie patrzcie tak – żartowałem. A jeśli chodzi o płyty, to rzeczywiście sprzedaliśmy ich nieporównywalnie mniej niż piraci. A.T.: Poczekajcie, poczekajcie – skoro wystąpiliśmy ponad 4500 razy, przyjmując średnio ponad 256 i pół osoby na koncercie, a część z tych osób kupiło którąś z naszych 10 płyt... to będzie… to jest… to ja nie mam bladego pojęcia, ilu ludzi nas obejrzało.
|