Głos Polski    |    Goniec Polski    |    Praca i życie    |    Życie na wyspach


Emigracja w bibliotece Babel
Autor: Adam Skorupiński   
13/03/2008.
Goniec
Goniec Polski nr 11 (217),14 marca 2008


Są i zawstydzające bzdury, i poważne, filozoficzne wywody. Trafia się też czysty, literacki talent – blogi pisane przez Polaków w Wielkiej Brytanii są tak różnorodne jak sama emigracja.
Każdy, kto wgłębi się w ten świat przyzna, że jest on bardzo wciągający. Czasem mami, a czasem przeraża. Ostatecznie dochodzi się jednak do wniosku, że ogólne pojęcie „Polaków na Wyspach” to semantyczne złudzenie. Rzekoma narodowa wspólnota okazuje się tylko zbiorem indywidualności. Przynajmniej w sieci...
Buszując po miriadach blogów porozrzucanych po internecie, można się poczuć jak w słynnej bibliotece Babel Jorge Luisa Borgesa. Dla przypomnienia, księgi w owej bibliotece – według wizji argentyńskiego pisarza – zawierały wszystkie możliwe kombinacje 25 symboli ortograficznych. Tym sposobem w bibliotece znalazły się zarówno dzieła Szekspira, jak i pozbawiony sensu bełkot. Dlatego, że jedno i drugie jest jedynie kombinacją liter.
Podróżujący po świecie blogów nie ma nawet cienia szansy na to, by znaleźć w nim jakąś konsekwencję czy rozpoznawalny wzór, bo coś takiego po prostu w nim nie istnieje. Podobnie jest z wyławianiem z tego oceanu blogowania tak zwanej tematyki emigracyjnej, bo poszukiwacz w żaden sposób nie może ogarnąć całości i jest skazany na przypadek – znajdzie się tam, gdzie rzuci go internetowa wyszukiwarka albo odsyłacz z innego blogu. Stworzenie pełnego obrazu tego, o czym piszą w internecie Polacy porozrzucani po Wyspach Brytyjskich, przekracza ludzkie siły, a i sam fakt bycia na emigracji nie czyni z autorów takich blogów jakiejś wspólnoty z określonymi, powtarzającymi się cechami, które można by opisać i usystematyzować.

Blog klasycznie osobisty

– Blog to strona internetowa pisana w formie pamiętnika sieciowego – wyjaśnia Tomasz Łysakowski, kulturoznawca i psycholog społeczny, znawca kultury blogowania. – To oryginalnie rodzaj pamiętnika, w którym ludzie pisali, co dzisiaj zjedli, co zrobili, co planują. Dzisiaj blogi to często wyspecjalizowane serwisy, w których jedna osoba lub cała grupa zamieszcza aktualizowane na bieżąco informacje lub komentarze na dany temat.
Internetowy blog od pamiętnika pisanego przez nastolatki do szuflady dzieli jeden niezwykle ważny szczegół. Blog publikowany w sieci może przeczytać każdy, kto na niego trafi, więc pojęcie „pisania do szuflady” jest w tym przypadku zupełnie nieadekwatne.
W sieci nie brakuje klasycznych, pamiętnikowych blogów Polaków zamieszkałych i pracujących na Wyspach, dzień po dniu rejestrujących zmagania z brytyjską codziennością, najzwyklejsze wydarzenia, miłosne rozterki, pracę zawodową, kłopoty z dziećmi.
Czasem takie osobiste wyznania niosą ze sobą jakąś wartość poznawczą i przybierają quasi-literacką formę. Princzipessa, autorka blogu „Na skraju Imperium” pisze w notce „Pierdziszewo made in UK”: „Są tacy, którzy nigdy nie widzieli innego miejsca poza Bridgwater, nawet Brighton w wakacje. Są tacy, którzy zobaczyli jedno inne miejsce i już nigdy tu nie wrócili. Ambicje wyjechały w poszukiwaniu kariery i lepszego jutra. Zjechali emigranci z różnych części Europy i świata. Tak, z Polski także, całkiem sporo. Co jednak wcale nie oznacza, że każdy tu wie, gdzie ta Polska leży – niektórzy, w tym nauczycielka z mojej szkoły, są przekonani, że gdzieś w Azji. Nieważne, nikt nie ma obowiązku tego wiedzieć. Nie wszyscy mieszkańcy radzą sobie z najazdem obcokrajowców, tak jak nie wszyscy emigranci radzą sobie z aklimatyzacją w tym miejscu na mapie Królestwa. Żyją jednak obok siebie, czasem oddaleni latami świetlnymi lub mrocznymi, choć zaledwie przedzieleni płotem. Zawieszeni na drzewie i osadzeni głęboko w glebie. A życie toczy się dalej, Ziemia krąży, Księżyc uśmiecha się raz w miesiącu...”.
– To mój sposób na komunikację z samą sobą – mówi Justyna Musiał, autorka tego blogu w „realu”. – A przy okazji spełnienie jakiś ambicji, ciągot do dzielenia się własnymi myślami ze światem zewnętrznym. Zaczęłam pisać blog, by przelać gdzieś własne myśli, dać im ujście. Pomyślałam, że skoro robią to miliony innych ludzi, to czemu nie mam zrobić tego ja?

Najsłynniejszy bloger Rzeczypospolitej w Wielkiej Brytanii

Bez wątpienia najsłynniejszym polskim blogerem na Wyspach jest Kazimierz Marcinkiewicz. Bo i jego blog nie jest skierowany do wewnątrz, lecz tworzy coś w rodzaju tuby, przez którą były premier, polityk ciągle w Polsce popularny, lubi o sobie przypominać. Czasem jego pisanie w sieci staje się wydarzeniem, jak wtedy, gdy wspomniał o tzw. zakonie w PiS-ie czy wtedy, gdy – również za pośrednictwem blogu – powołał do życia, na razie wyłącznie medialnego, szkołę dla młodych polityków pod swoim patronatem. Czasem jego blog jest medium, przez które polityk przebija się ze swoim politycznym programem i pomysłami.
Marcinkiewicz nie zapomina również, by dotrzeć ze swoim przekazem do „braci w emigracyjnej niedoli” i dopieścić w ten sposób elektorat, który może mieć potężną siłę, gdy się zmobilizuje, jak to się stało podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Trzeba przyznać, że były premier ma niezwykłe wyczucie tego, co chcą usłyszeć Polacy w Wielkiej Brytanii.
„Tak, my, Polacy, jesteśmy dobrzy i chcemy być dobrzy. Znamy naszą wartość. Polacy na „Wyspach” stali się prawdziwymi ambasadorami naszego kraju – pisze w jednej z notek polityk. – (...) Nie zadzieramy nosa, ale chodzimy dumni. Trzymamy się razem, razem z naszymi wadami i zaletami. Obojętne czy jesteśmy biedni, czy bogaci, pracujemy ciężko fizycznie czy nie mniej ciężko bez użycia specjalnej siły fizycznej. Obojętne gdzie żyjemy – w Polsce czy poza. Obojętne czy bardziej lub mniej interesujemy się tym, co dzieje się w naszej ojczyźnie, kochamy Polskę, jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Polakami, bo jesteśmy patriotami, polskimi patriotami. I nikt nam tego nie odbierze. Tak mamy i tak zostanie, i dobrze nam z tym. Tak, tu, w Londynie. W pubie i na budowie, w parku i w metrze spotkałem kawałek fajnej, patriotycznej Polski, spotkałem kapitalnych Polaków”.
Niektórzy zarzucają blogowaniu Marcinkiewicza zwykłą PR-owską manipulację, budowanie własnego wizerunku w oczach młodych wyborców zgodnie z regułą: „Jestem taki jak wy”.
– Nikogo nie oszukuję. Mówię to samo tylko innymi słowami – odpowiada na te zarzuty były premier. – Nie bardzo rozumiem krytyki blogowania i powątpiewania w autorstwo. Podjąłem się tej formy komunikacji, bo jest nowoczesna i skuteczna.
Jak zwykle prawda leży pewnie gdzieś po środku. Marcinkiewicz z pewnością oddaje w blogu cząstkę swojego prawdziwego „ja”, ale poza tym przyświeca mu jasny polityczny cel utrzymania się w świadomości pewnej grupy wyborców.

Ciemne zaułki biblioteki blogów

Nie brakuje w sieci polskich frustratów, którzy poprzez blogi wyładowują swój gniew, a czasem nienawiść do innych narodowości, ras i kultur. To niestety część polskiej społeczności w Wielkiej Brytanii, która dzięki internetowi może bez zażenowania sławić białą rasę i ksenofobiczną polskość, a przypisywać najgorsze cechy innym.
– Czuję się tu obco i chcę, żeby inni Polacy dowiedzieli się, że też będą się tak czuć, gdy tu przyjadą – mówi anonimowo człowiek, którego blog aż dyszy nienawiścią. – Muszę tutaj siedzieć, nie mam wyjścia, ale ziomale, którzy nie są zmuszeni, aby przyjeżdżać, niech się dwa razy zastanowią.
Wpisy z jego blogu nie nadają się do publikacji, podobnie jak posty niejakiego Funciaka, który za obiekt ataku obrał... Polaków. Bloger nie przebiera w słowach, sam pisze o sobie, że jest piękny, młody i bogaty, ale trochę za dużo jest żółci w jego postach, by mogła to być prawda. Polacy w Londynie to jego zdaniem „buractwo”, „wieśniactwo” i „nieogolone ryje”, którym on – Funciak – wygarnie całą prawdę i uświadomi im, jak nisko stoją w hierarchii. Jego hierarchii.
„Po trzech (prawie) latach pobytu w Londynie stwierdziłem, że nie mogę już dłużej milczeć. It's too much. Czytam artykuły w polonijnej prasie, przeglądam polonijne strony internetowe, chodzę na jakieś polskie imprezy i krew mnie zalewa. Polska imigracja w Anglii to w ogromnej większości bagno” – to jeden z niewielu akapitów, w którym nie padają żadne przekleństwa, nie ma mowy o seksie ani narkotykach, co – jak Funciak napisał w innym miejscu – dyskwalifikuje tekst w jego oczach.
Zresztą w blogowym świecie emigracji – być może protoplasta nie ma nawet o tym pojęcia – znalazło się również miejsce dla jego żeńskiego alter ego, które nazwało się Anty-funciaczką. Niestety ani wybitną złośliwością, ani samozaparciem w produkowaniu kolejnych wpisów alter ego nie dorównuje oryginałowi.

Wujek dobra rada

Bloger Suidafrikaner miał ambitne plany. Założył na popularnej platformie blog „Życie w Brytanii” i następująco uzasadnił swoje istnienie: „Chcę wam opisać, jakie naprawdę są życie emigranta na obczyźnie, powody wyjazdu i codzienne problemy, którym muszę stawiać czoła. Będę też tu umieszczał informacje, jak widzę świat i Polskę z mojej perspektywy.”
Czyż nie ambitne? Zapału wystarczyło mu na dwa posty, po których autor „Życia w Brytanii” zamilkł na wieki. Można jednak znaleźć blogi emigrantów, które przeładowane są praktycznymi informacjami i poradami o życiu na Wyspach, a także takie, w których porada zmienia się w praktyczny eksperyment. Tak jest m.in. z blogiem Johna Kidly „Jak przeżyć rok w Londynie za 7000 funtów”. O jego pomyśle zrobiło się głośno, bo autor od 1 stycznia 2008 roku wprowadził swoje zamiary w czyn, co dla znających realia życia w stolicy Wielkiej Brytanii może się wydawać misją samobójczą lub co najmniej prowadzącą do anoreksji.
– Zakładam, że wygodne życie w Londynie dla jednej osoby (ale mieszkającej z partnerem – tak jak w moim przypadku) kosztuje około 1000 funtów miesięcznie, czyli 12 tys. funtów rocznie. Chcę przeżyć 2008 rok w miarę wygodnie za 5000 funtów mniej, ale bez popadania w paranoję oszczędnościową – tłumaczy bloger. – Mieszkanie w 10 osób w jednym domu nie wchodzi w rachubę. Nie chcę też jeść tylko fasolki z ASDY i chodzić półtorej godziny codziennie na piechotę na uczelnię, żeby zaoszczędzić na biletach. Chcę zracjonalizować swoje wydatki – żyć skromnie, ale przy okazji normalnie: odwiedzić rodzinę w Polsce chociaż raz w roku czy pojechać na wakacje.
Jak się okazało, przeżycie za 19,18 funta dziennie (w tym tylko 4 funty wydawane na jedzenie i picie) nie jest chyba takie proste. Ostatni wpis Johna Kidly datowany jest na 23 stycznia 2008 roku, co wcale nie musi oznaczać, że bloger zmarł z wycieńczenia, a jedynie to, że ekstremalne oszczędzanie najzwyczajniej mu się znudziło. Sądząc po komentarzach na jego stronie, jest jednak szansa, że ktoś – już bez otwartości internetu – będzie kontynuował jego dzieło.

Blogi emigrantów żyjących w Wielkiej Brytanii są czymś w rodzaju zwierciadła odbijającego rzeczywiste życie na Wyspach. Sęk w tym, że ów obraz jest przefiltrowany oczami różnych ludzi i to oni wpływają na jego ostateczny kształt, który nie jest żadnym obiektywnym zapisem kondycji polskiej emigracji. To jedynie zbiór subiektywnych opinii osób, które los zesłał w to, a nie inne miejsce. W wielu przypadkach zwierciadło jest po prostu krzywe, w innych odbija różne osobowości, niekoniecznie tworzące spójną całość. Żaden autor wpisów nie podaje recepty na życie w Wielkiej Brytanii, bo każdy musi ją znaleźć sam. A potem ewentualnie może założyć blog...



Skomentuj jako pierwszy

Napisz Komentarz
  • Proszę utrzymaj temat wiadomości związany z przedmiotem artykułu.
  • Osobiste słowne ataki będą usunięte.
  • Proszę nie używaj komentarzy, by reklamować twoją witrynę. Taki materiał będzie usunięty.
  • Komentarze pojawiają się z opóźnieniem nawet do 30 minut i więcej, nie wysyłaj dwukrotnie tego samego komentarza
  • Upewnij się zanim klikniesz przycisk 'Wyślij', czy widzisz poprawny kod zabezpieczeń chroniący naszą witrynę przed spamem. Jeśli nie, kliknij *Odśwież Stronę* w twojej przeglądarce.
  • Jeśli nie możesz przesłąć zawartości prawdopodobnie wpisano zły kod bezpieczeństwa.
Imię:
Komentarz:

Kod:* Code

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Powered By PageCache